blog rolkarski – trasy do jazdy na rolkach – blog rolkowy
14 czerwca 2025 o 7:00 rano wyjechaliśmy z Opoczna, aby godzinę później odebrać z Kielc Justynę, która dołączyła do naszego wyjazdu na rolki. Zapowiadane były bezwietrzne i bezchmurne dni, a więc w teorii idealne warunki do jazdy na rolki. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w 3 gwiazdkowym Hotelu Dunajec, który z zewnątrz może trochę odstraszał wyglądem, ale interesująca nas lokalizacja (tuż obok trasy rowerowej Velo Dunajec) wygrała. Sam hotel, okazał się strzałem w dziesiątkę, tak więc polecamy serdecznie tę lokalizację, bo co do noclegu nie mamy żadnych zastrzeżeń.
Było czysto, miło i przyjemnie, ale do brzegu. Po dotarciu to Tarnowa wypożyczyłem rower elektryczny żonie w wypożyczalni rowerów tuż przy trasie. Nic nie zapowiadało tego co miało nas spotkać, a mimo tego że robię regularnie takie dystanse … na to nie byłem gotów.
Z serwisu rowerowego / wypożyczalni rowerów w którym obsługa okazała się przemiła i mega kompetentna, dojechaliśmy jakieś 250 metrów do przejścia dla pieszych gdzie naszym oczom okazała się droga rowerowa Velo Dunajec. Początek tej jazdy na rolkach to odcinek od Mikołajowic na północ, po zachodnim wale przeciwpowodziowym Dunajca. Piękna, słoneczna i prawie bezwietrzna pogoda powodowała że jechało się bardzo przyjemnie. Piękno polskiej natury w akompaniamencie śpiewu ptaków i jazda na rolkach po idealnie gładkiej, oraz w miarę szerokiej drodze rowerowej, która ciągła się kilometrami. Do tego brak tłoku.
Piszę bezwietrzna pogoda, ponieważ niestety według prognozy wiatru powinno w ogóle nie być, natomiast w rzeczywistości był on dość odczuwalny. Odczuwalny coraz mocniej z każdym zrobionym kilometrem. Jadąc po DDR Velo Dunajec w większości byliśmy kilka metrów nad ziemią, na równi, lub nad dachami pobliskich domostw. Tak więc jazda na rolkach przez pierwsze kilometry, to była czysta przyjemność. Niestety, jak to bywa, trochę się zapomnieliśmy i narzuciliśmy w euforii z początku zbyt duże tempo. To spowodowało pierwsze straty w ludziach.
Ponieważ mój zmysł organizacyjny trochę zawiódł, rozpoczęliśmy jazdę w samo południe, przy bezchmurnej pogodzie w czerwcu. Po kilkunastu kilometrach jazdy po asfalcie okazało się, że upał daje się we znaki, a na trasie praktycznie nie ma żadnych miejsc, gdzie można choć na chwilę usiąść, schronić się przed słońcem, na jakiejś ławce i odpocząć w cieniu.
Taka pogoda, choć z pozoru bardzo ładna, w połączeniu z ekstremalnym wysiłkiem jakim jest jazda na rolkach 60 kilometrów… szybko obnaża błędy. I kilka małych, z pozoru nieistotnych detali potrafi odegrać kluczową różnicę.
Justyna choć walczyła bardzo dzielnie, za sprawą dużej ilości włosów i jazdy na rolkach w czapce z daszkiem (zamiast solidnie wentylowanego kasku), jako pierwsza odczuła dotkliwie przegrzanie. I to nie tak, że miała złe przygotowanie. Była zaskakująco dobrze przygotowana kondycyjnie, ale jednak upał okazał się mocniejszy. Pierwsze wolne miejsce z ławeczkami było dopiero po 20 kilometrach od startu, obok Pomnik Bohaterów Września w Biskupicach.
Niby mapa pokazywała, że gdzieś wzdłuż trasy są jakieś Miejsca Obsługi Rowerzystów, ale de facto nie mogliśmy żadnego z nich znaleźć. Trzeba byłoby prawdopodobnie rolki ściągać, aby do nich zejść po nieutwardzonej drodze. Kolejny odpoczynek był w połowie jazdy na rolkach, obok placu zabaw po przejechaniu kolejnych 10 kilometrów. Powiem szczerze, że nigdy nie byłem aż tak zmęczony, odwodniony i wyczerpany po jeździe na rolkach. To ostatnie 10 kilometrów było tak absurdalnie męczące, jak gdybym przejechał 4 razy więcej w normalnej pogodzie. Pierwszy raz po jeździe na rolkach czułem się po prostu źle. To chyba też trochę za sprawą kefiru. Picie kefiru, czy maślanki w taki upał, podczas tak intensywnego wysiłku to chyba nie najlepszy pomysł. Zapasy napojów szybko się kończyły, a upał był okropny. Żarówa i patelnia. Cała trasa to droga rowerowa, praktycznie brak miejsc, gdzie można schronić się przed słońcem.
Jazda tamtym 30 kilometrowym odcinkiem Velo Dunajec w samo południe latem to bardzo zły pomysł. Odpoczywaliśmy długo, bo chyba z półtorej godziny minęło zanim zdecydowaliśmy się na powrót. Szczęście po drodze był Sklep Wiki, który okazał się czynny i na dodatek mieli ZIMNE bezalkoholowe piwo, najlepsze na świecie. Niby zwykły Okocim, ale chyba żadne piwo nie smakowało mi w ten sposób. Po wypiciu jednego od razu poczułem się lepiej i zaczęliśmy jazdę powrotną, która nabrała tempa. Kupiłem czteropak z lodówki, więc miałem ze sobą jeszcze 3 piwa bezalkoholowe. Tak wiec wracając już, czułem się zaskakująco coraz lepiej po każdym wypitym piwie. Na powrocie okazało się też, że jedzie się spowrotem znacznie łatwiej, ponieważ z wiatrem a nie pod wiatr. Niby był minimalny, ale jednak jadąc po kilkumetrowym wale jesteś zawsze wyżej i wiatr w takich warunkach jest bardziej odczuwalny.
IMO latem to świetna trasa na wczesno-poranną wycieczkę, lub późno popołudniowo-wieczorną. Jednak w samo południe i popołudniem tam po prostu nie ma gdzie się schronić przed słońcem. Przez 30 kilometrów jesteś prawie cały czas na asfaltowej drodze rowerowej, która choć cicha, bardzo przyjemna, dająca nieopisany kontakt z naturą i piękne widoki, to jednak nie zapewniająca ani fragmentu cienia. Pobliskie drzewa choć na zdjęciach satelitarnych wydają się blisko ścieżki to w rzeczywistości są zbyt daleko aby ich cień dosięgał drogi rowerowej w południe. Cień zaczął się pojawiać na drodze dopiero w okolicy 17 godziny. Tego nie wiedziałem i będę na to brał poprawkę przy organizacji kolejnych wyjazdów. Ogólnie to, jak wracaliśmy, pod wieczór zaczął się robić ruch na DDR Velo Dunajec, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu że to fajna trasa na wieczór latem.
Wieczorem skoczyliśmy na stare miasto zjeść kebaba w Kebab Inn – chyba najlepszego kebaba jakiego jadłem w życiu – polecam! Starówka Tarnowa jest zdecydowanie urokliwym miejscem w którym warto się zatrzymać i usiąść, napić coś i porozmawiać. Ma to coś w sobie. Nie jest tak duża jak w Krakowie, a mi bardziej przypomina tą z Bielska-Białej. Bardzo przyjemne miejsce w którym można odpocząć czując się się, jakbym był u siebie. I na pewno chętnie jeszcze tam jeszcze wrócimy. Generalnie Tarnów jest miejscem w którym można spędzić bardzo przyjemnie kilka dni, zwiedzać atrakcje turystyczne, miejsca widokowe, historyczne, uprawiać sport i się nie nudzić.
PS. Żona nawet stwierdziła, przed chwilą, że największym błędem było jechanie tej trasy w południowy upał. Sprawiło to, że cały czas uciekaliśmy jak najszybciej przed słońcem, aby nie dostać udaru. Podczas gdy po drodze było wiele ładnych miejsc na które warto było przystanąć i spojrzeć. Niestety nie było kiedy, bo słońce dosłownie chciało nas zabić :)
Zobacz tą aktywność na Stravie (sam powrót – oszczędzałem baterie, aby nie padła w połowie).
Jazda 60 km w taki upał byłaby wykonalna z mniejszym obciążeniem dla organizmu i przyjemniejsza gdybym nie popełnił tych błędów:
- Picie kefiru w taki upał to bardzo kiepski pomysł. Generalnie powinno się unikać spożywania wszelkich tłuszczy w takich sytuacjach. Tłuszcze zalegają na żołądku i spowalniają wchłanianie w przewodzie pokarmowym. Zamiast tego lepsze jest bezalkoholowe piwo (ale nie „napoje piwne” – znaj różnicę!!!). Piwo jest genialnym izotonikiem. Błyskawicznie wchłania się do krwi, nawadnia i a ponieważ ma wysoki indeks glikemiczny – też dodaje odrobinę energii, która w takich sytuacjach jest bardzo potrzebna.
- Mieszanie różnych napoi i pokarmów – kawa, kefir, snickers, batony czekoladowe, sok pomidorowy, napoje energetyczne, woda itd. To prawdopodobnie stworzyło też mieszankę rzeczy, które siadły mi na żołądku i zamiast pomóc – przeszkodziły w intensywnym wysiłku.
- Jazda z osobą która jedzie w innym tempie. Próbując się dostosować do (odrobinę, około 4 km/h) wolniejszego tempa Justyny grzałem się bardziej i musiałem wykonywać mniej naturalne ruchy dla swojego stylu jazdy. Na kilometrze czy dwóch nie sprawi to różnicy. Na 60 kilometrach w taki upał, niestety odegra kluczową rolę w intensywności zmęczenia.
- Jazda w samo południe – to też bez komentarza już zostawię :) moja głupota. Powinniśmy zacząć tą drogę może 3 godziny później i wszystko byłoby inaczej.
Pozostałe rzeczy świetnie się sprawdziły, jeśli chodzi o ubiór, dobrze wentylowany kask, nerka – lekki bagaż czy białą cienką koszulkę, która miała odbijać promienie słoneczne (ciepło) i robiła to świetnie! Trasa po której jechaliśmy też była przewidywalna, cały czas płaska, dobra nawet dla amatorów (choć długa). Po drodze powinienem też zaplanować wcześniej wizytę w sklepie, zaznaczyć w Google Maps pobliskie sklepy, a nie robić to improwizowanie. Błędnie założyłem, że wystarczy napojów. Niestety w takich sytuacjach jeden błąd pociąga za sobą serie kolejnych. 60 km to nie przelewki, ale jesteśmy mądrzejsi o nowe doświadczenia i o błędy których nie popełnimy w kolejnych takich wyjazdach :)
Kolejny post będzie o jeździe jaką uskutecznialiśmy następnego dnia na odcinku Wiślanej Trasy Rowerowej w rejonie Szczucin – Opatowiec.









