Mamy rok 1984

Nawiązując do książki Georga Orwella – rok 1984 (która została napisana w 1949 roku można dojść do wniosku, że George Orwell nie pisał fantastyki, a przepowiednie. Treść książki od której 20 lat temu jeżyły mi się włosy na głowie traktowałem jak fantastykę typu Star Trek. Dziś czytając wiadomości i newsy ze świata dochodzę do wniosku, że jedyne z czym się pomylił George Orwell to z rokiem. 42 letni poślizg, albowiem jego proroctwa spełniają się dopiero w 2026. Ale do brzegu. Podobno około połowa kodu źródłowego Windowsa 11 jest już pisana przez sztuczną inteligencję, a nie przez człowieka (który tak czy siak prędzej jest hindusem niż amerykaninem – bo taniej). W pewien sposób tłumaczy to, dlaczego od początku roku (a mamy kwiecień) nie było nawet 1 tygodnia, kiedy by nie pojawił się jakiś nowy artykuł, informujący że aktualizacja Windowsa 11 psuje system. Gdzie w tym wątek Orwella?

Pisząc to z perspektywy człowieka, który od lat obserwuje rynek IT i interesuje się aktywnie technologią, trudno nie zauważyć pewnego niepokojącego schematu. Według artykułu na ITHardware gigant z Redmond potrafił jednym ruchem – bez ostrzeżenia i bez realnego kontaktu z człowiekiem zablokować konta Microsoft twórców wolnego (darmowego) oprogramowania tj.: WireGuard, VeraCrypt, MemTest86 oraz Windscribe. Wniosek? Najpierw Microsoft zmusza cię do tego żebyś na zakupionym komputerze, lub laptopie z Windows 11 zalogował się na konto Microsoft (możliwość konfiguracji podczas instalacji konta lokalnego jest blokowana). Natomiast gdy coś algorytmom Microsoftu się nie spodoba (np. że VeraCrypt za darmo daje narzędzie które zbiegiem okoliczności jest konkurencją dla płatnego BitLockera).

Ostatnio opisywałem też przypadek Mike Kaganskiego któremu Microsoft zablokował e-mail, a przypadkiem – zupełnym przypadkiem, powtarzam :) był to programista (darmowego oprogramowania) LibreOffice – konkurencji płatnego Offica. Ta historia pokazuje, jak wygląda rzeczywistość w zamkniętym ekosystemie wielkich korporacji: Microsoft bez jasnego powodu zablokował konto e-mail dewelopera związanego z LibreOffice, odcinając go od podstawowego narzędzia pracy i jednocześnie nie oferując realnej możliwości odwołania się ani kontaktu z człowiekiem — decyzję podjął automat, a użytkownik został z problemem sam, co tylko potwierdza, że w takim modelu nie mamy kontroli nad własnymi danymi ani usługami, z których korzystamy.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że staje się to nową normą naszych czasów. Korporacje takie jak Microsoft, które zmuszają Cię, żebyś logował się do Windowsa za pomocą konta online. Uniemożliwiają używanie komputera na starych zasadach, za pomocą konta lokalnego. Z dnia na dzień, bez ostrzeżenia mogą Ci zablokować dostęp do komputera i wszystkich danych na nim zawartych (poprzez blokadę konta Microsoft). Co wtedy? Oczywiście możesz się odwoływać, natomiast nową normą naszych czasów jest też to, że w takich sytuacjach zaczynasz zdeżać się ze ścianą agentów AI. Ostatnio coraz ciężej dostać się do ludzkiego konsultanta telefonicznego. Dodatkowo koropracje bardzo łatwo w takich sytuacjach zrzucają winę na algortmy, systemy, itd. Tłumacząc, że to nie oni – to systemy, to algotytmy Pana zablokowały (my niewinni). Skoro nikt za to nie odpowiada, to nikt nie jest odpowiedzialny. Czy zatem warto ryzykować przetwarzanie swoich danych na nieodpowiedzialnych systemach?

Kolejna historia pokazuje, jak daleko mogą sięgać konsekwencje decyzji politycznych i międzynarodowych sporów: francuski sędzia Międzynarodowego Trybunału Karnego, Nicolas Guillou, który uczestniczył w wydaniu nakazu aresztowania premiera Izraela Benjamina Netanjahu, został objęty amerykańskimi sankcjami, co w praktyce sparaliżowało jego codzienne życie — nie może korzystać z kart płatniczych ani wielu usług finansowych i internetowych, mimo że formalnie sankcje dotyczą USA, a ich skutki odczuwa globalnie. Sam sędzia podkreśla, że to pokazuje realną siłę nacisku największych państw i rodzi poważne pytania o niezależność instytucji oraz przyszłość rządów prawa w świecie, gdzie decyzje polityczne mogą bezpośrednio uderzać w prywatne życie ludzi.

Ale są też dobre wieści.

Rząd francuski zapowiedział odejście od systemu Windows na rzecz Linuxa w administracji publicznej. Traktuje to jako element walki o tzw. suwerenność cyfrową, czyli odzyskanie kontroli nad danymi, infrastrukturą i kluczowymi technologiami, które dziś w dużej mierze zależą od amerykańskich korporacji. Plan nie ogranicza się tylko do systemów operacyjnych, ale obejmuje także komunikatory, chmurę, narzędzia pracy i całe zaplecze IT państwa. W tle tej decyzji widać rosnącą nieufność wobec zagranicznych dostawców technologii i obawy, że brak kontroli nad oprogramowaniem może oznaczać realne ryzyko polityczne i gospodarcze, dlatego Francja stawia na rozwiązania open source, które można samodzielnie rozwijać i audytować, zamiast polegać na zamkniętych systemach zależnych od decyzji jednej firmy.

Systemy Linux, czy są zbawieniem dla każdego?

Tak i nie. Ale pozwól, że to opiszę, bo aby zrozumieć odpowiedź na to pytanie trzeba zadać sobie pytanie o to jakie masz potrzeby. Jeśli korzystasz z programów Adobe do pracy kreatywnej – niestety jesteś skazany na Windowsa (albo Maca). Wbrew pozorom Apple wypada lepiej jeśli chodzi o politykę zarządzania danymi (na dzień dzisiejszy). Natomiast migracja z Windowsa, zarówno do systemu Apple, jak i na darmowe systemy operacyjne rodziny Linux będzie wymagała trochę cierpliwości, czasu, oraz zaangażowania.

Czy Linux się zmienił?

Tak, i to bardzo. Piszę to z perspektywy użytkownika, który próbował już kilkanaście lat temu przejścia na Linuxa. Wtedy pokonały mnie zależności, które dziś z racji flatpacków czy pacmanów nie są problemem. Obecnie dystrybucje takie jak Debian, Ubuntu, czy mój ulubiony CachyOS są nie tylko łatwe w użyciu – wszystko robisz praktycznie bez użycia terminala, w interfejsie okienkowym podobnie jak w Windowsie. Jednak pewne rzeczy robi się inaczej. Jeśli chodzi o stabilność systemu, to po pół roku korzystania CachyOS nie napotkałem żadnych problemów. Raz, że system jest wieloktrotnie szybszy, bo nie obciąża go wszechobecna telemetria i Copilot wciskany na siłę wszędzie. Dwa, że aktualizacje są bezproblemowe (nic nie psują), a jeśli miałbyś wyjątkowego pecha to zawsze podczas botowania systemu masz możliwość odpalenia wersji starszej (LTS), która jest tak jakby drugim systemem. Sama instalacja sterowników – czekaj czekaj. Jaka instalacja sterowników? Tu nie instalujesz sterowników. To nie Windows. Tu się wszystko automatycznie pobiera podczas instalacji systemu i aktualizacji. Aby nie popadać w churaoptymizm i chcąc pozostać obiektywnym muszę znaleźć jakieś wady i pryzpierdółki do Linuxa.

Wady Linuksa:

Wadą jest to, że jeśli masz jakieś specjalistyczne programy, aplikacje, programy na Windowsa, które wykorzystujesz w pracy – na Linuksie nie będą one działać z buta. Musisz użyć Wine, aby je odpalić, a i nawet wtedy mogą działać trochę inaczej niż na Widowsie.

Kolejną wadą jest to że trzeba się przyzwyczaić do innej obsługi systemu. Choć wszystko jest w języku polskim (i każdym innym jaki lubisz, preferujesz) to niestety, ale pewne opcje interfejsu takie jak np. menu kontekstowe są poprzestawiane. Do tego trzeba przywyknąć. Przyzwyczaić się. Choć wpisałem to jako wada, bo wiele osób uzna, że inaczej = wada. To dla mnie ten proces przypomina trochę sytuacje, kiedy jako nastolatek kupowałem sobie nowy telefon. Trzeba było przyzwyczaić się do innego interfejsu, innej obsługi, nauczyć czegoś nowego. Kiedyś fascynowało mnie to i przyznaje szczerze, że dla mnie nauka obsługi nowego interfejsu powoduje, że ponownie czuje się młodo. Jest to fascynujący proces, choć trzeba do tego odrobinę cierpliwości i czasu. Ponieważ pierwsze tygodnie mogą być frustrujące. Ponieważ będziesz musiał np. znaleźć natywne alternatywy dla Linuxa, programów które wykorzystywałeś w Windowsie. Później nauczyć się ich obsługi. Jest to proces pracochłonny, ale dzięki temu zyskasz większą kontrolę nad swoimi danymi.

Dodatkowo Linux jest świetną alternatywą dla starych komputerów, które nie dostaną już aktualizacji Windowsa 10, a nie spełniają „wymagań” modułu TPM, jakie uroił sobie Microsoft.

Spośród bogactwa wyborów i różnych dystrybucji, a korzystałem z Debiana, Minta, Ubuntu – przyznam szczerze, że moje serce skradł CachyOS, który polecam obecnie każdemu. Debian też był spoko systemem, który nie jest już tak trudnym w obsłudze systemem jak za czasów Debiana Jessie, ale jest on jednak kierowany do bardziej technicznych użytkowników. Pocieszenie, że teraz znajdziesz z milion poradników w internecie, a na Twoje pytania odpowie Ci ChatGPT, czy Gemini, jeśli będziesz miał jakiś problem. Nie przedłużając dłużej podsyłam linki dla zainteresowanych:

https://cachyos.org/

https://www.debian.org/download

Jeśli masz jakieś pytania: napisz w komentarzu poniżej:


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *